Najważniejsze liczby pokazują auto stworzone przede wszystkim pod tor
- 2107 KM i 2340 Nm sprawiają, że to jedna z najmocniejszych seryjnych konstrukcji elektrycznych na świecie.
- 0-100 km/h w 1,72 s i 0-300 km/h w 7,89 s pokazują, że przyspieszenie nie jest tu dodatkiem, tylko sednem projektu.
- 430 km/h prędkości maksymalnej stawia auto w ścisłej czołówce hipersamochodów, a nie tylko elektryków.
- 108 kWh baterii, większy docisk i lepsze hamulce oznaczają, że wersja R została zbudowana z myślą o szybszej jeździe w zakrętach, nie o rekordzie zasięgu.
- 40 egzemplarzy i cena startowa 2,3 mln euro ustawiają ten model w świecie kolekcjonerskim, a nie użytkowym.
- W 2025 roku producent mówił o 24 rekordach osiągów, co dobrze oddaje charakter całego projektu.
Czym jest ta wersja i po co ją zbudowano
Ja patrzę na tę odmianę jak na bardzo świadome odejście od idei „elektrycznego GT” w stronę auta, które ma być szybsze, ostrzejsze i bardziej wymagające. Rimac nie zrobił tu prostego pakietu stylistycznego ani kosmetycznej podmiany oznaczeń. Zmienił sposób działania samochodu: od baterii, przez aerodynamikę, po hamulce i zestrojenie pod kątem jazdy na limicie.
W oficjalnych materiałach producent podkreśla, że wersja R ma bardziej radykalny charakter niż standardowa Nevera. To ważne, bo w praktyce oznacza przesunięcie akcentu z szybkiego, wszechstronnego hipersamochodu na maszynę nastawioną na lateral performance, czyli wydajność w zakrętach i przy dużych przeciążeniach bocznych. Mówiąc prościej: nie chodzi już tylko o to, żeby przyspieszać jak rakieta, ale żeby robić to samo po kilku mocnych hamowaniach i kilku ostrych łukach bez utraty formy.
To właśnie dlatego ten samochód interesuje mnie bardziej jako sygnał technologiczny niż jako gadżet dla milionerów. Jeśli coś ma tu znaczenie, to fakt, że elektryczny napęd przestał być ograniczeniem dla aut ekstremalnych. Stał się narzędziem do budowania zupełnie nowego poziomu osiągów. I właśnie dlatego najciekawsze jest to, jak te deklaracje przekładają się na suche liczby.

Osiągi, które wyjaśniają cały projekt
Najkrócej: ten samochód nie przyspiesza szybko, tylko absurdalnie szybko. Przy takich wartościach na papierze łatwo o przesadę w opisie, ale tutaj liczby naprawdę robią wrażenie także po odjęciu marketingu. Producent podaje, że auto rozpędza się do 100 km/h w 1,72 s, do 200 km/h w 3,95 s, a do 300 km/h w 7,89 s. To już nie jest poziom „bardzo szybkiego” auta. To jest poziom, przy którym kierowca potrzebuje nowej skali odniesienia.
| Parametr | Wartość |
|---|---|
| Moc maksymalna | 2107 KM |
| Moment obrotowy | 2340 Nm |
| 0-100 km/h | 1,72 s |
| 0-200 km/h | 3,95 s |
| 0-300 km/h | 7,89 s |
| 1/4 mili | 7,90 s |
| Prędkość maksymalna | 430 km/h z nadzorem producenta |
| Pojemność baterii | 108 kWh |
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz: Rimac w późniejszych materiałach prasowych podawał także wynik 431,45 km/h i 24 zweryfikowane rekordy osiągów, w tym 0-400-0 km/h w 25,79 s. To ważne nie dlatego, że ktoś będzie jeździł takim autem po autostradzie w takiej prędkości. Ważne dlatego, że pokazuje, jak bardzo dopracowano nie tylko sam napęd, ale też hamowanie i stabilność przy ekstremalnym obciążeniu.
Same liczby nie tłumaczą jednak jeszcze, czym ta wersja różni się od zwykłej Nevery. Do tego potrzebne jest zestawienie obu aut obok siebie.
Jak ta wersja różni się od zwykłej Nevery
Różnica między obiema odmianami nie polega wyłącznie na większej mocy. W praktyce to dwa różne sposoby myślenia o elektrycznym hipersamochodzie. Standardowa Nevera jest bardziej wszechstronna, a wersja R mocniej idzie w stronę agresji, docisku i sztywnego trzymania tempa na torze. Moim zdaniem to właśnie ten podział najlepiej pokazuje, jak dojrzewa segment ultra-szybkich EV.
| Cecha | Nevera | Nevera R |
|---|---|---|
| Moc | 1914 KM | 2107 KM |
| Moment obrotowy | 2340 Nm | 2340 Nm |
| Bateria | 120 kWh | 108 kWh |
| 0-100 km/h | 1,81 s | 1,72 s |
| 0-300 km/h | 9,22 s | 7,89 s |
| Prędkość maksymalna | 412 km/h | 430 km/h z nadzorem producenta |
| Charakter auta | Bardziej GT, bardziej uniwersalne | Bardziej sportowe i torowe |
| Produkcja | 150 egzemplarzy | 40 egzemplarzy |
Najważniejszy wniosek jest prosty: mniejsza bateria nie oznacza tu kroku wstecz. W samochodzie o takim profilu niższa masa, lepsze chłodzenie i stabilniejsza praca pod obciążeniem są często ważniejsze niż sam rekord pojemności. To właśnie pokazuje, że wersja R została zaprojektowana bardziej pod powtarzalność na okrążeniu niż pod dystans w spokojnej jeździe. I tu dochodzimy do techniki, która stoi za tym wynikiem.
Technologia, która robi tu różnicę
Napęd i bateria
Najmocniej widać to w układzie napędowym. Cztery silniki elektryczne dają ogromną kontrolę nad rozdziałem momentu, a system torque vectoring potrafi zmieniać zachowanie samochodu w czasie rzeczywistym. W praktyce oznacza to, że auto może być stabilne tam, gdzie inne już „pływają”, albo zaskakująco zwinne tam, gdzie od hipersamochodu oczekuje się głównie walki z masą.
Rimac stosuje tu własny system rozdziału momentu na koła, który według producenta wykonuje ponad 100 obliczeń na sekundę. To nie jest detal dla prezentacji handlowej, tylko realny mechanizm poprawiający przyczepność i przewidywalność. Jeśli kierowca wciska gaz w zakręcie, samochód nie tylko reaguje, ale też stale koryguje własne zachowanie.
Aerodynamika i przyczepność
Wersja R dostała większe skrzydło, bardziej agresywny pakiet aerodynamiczny i nowe koła z oponami Michelin Cup 2. Według danych producenta docisk wzrósł o 15 procent, a efektywność aerodynamiczna o 10 procent. Do tego spadła podsterowność, poprawiła się przyczepność boczna i skrócił się czas przejazdu toru Nardò o 3,8 s. To ważne, bo przy takich prędkościach nie wygrywa już samo „więcej koni”, tylko to, jak dobrze samochód potrafi zamienić moc w tempo przejazdu.
Przeczytaj również: Citroën Ami - czy ten elektryk ma sens w mieście? Sprawdź!
Hamulce i podwozie
W praktyce równie istotne jak przyspieszenie są tu hamulce. Zastosowano nowy zestaw EVO2 z ceramicznymi tarczami i warstwą silikonową poprawiającą chłodzenie oraz trwałość przy intensywnym użytkowaniu. Brzmi to technicznie, ale przekłada się na bardzo prostą rzecz: auto nie ma tracić skuteczności po kilku ostrych hamowaniach z dużych prędkości. W tym segmencie właśnie to oddziela pokazowy rekord od samochodu, który naprawdę potrafi jeździć szybko dłużej niż jeden przejazd.
Różnica nie kończy się więc na tabeli danych. Tu widać cały system decyzji inżynierskich, od akumulatora po hamulce, i właśnie dlatego ta odmiana jest tak ciekawa z perspektywy elektromobilności.
Co ten samochód mówi o elektromobilności i ekologii
W kontekście ekologii ten model trzeba czytać uczciwie, bez zachwytów na siłę. Tak, jest elektryczny, więc nie emituje spalin w miejscu jazdy. Ale nie jest to samochód zaprojektowany po to, żeby masowo obniżać emisje transportu. To produkt niszowy, kolekcjonerski i skrajnie zasobożerny w produkcji. Właśnie dlatego jego znaczenie jest inne: pokazuje, co da się zrobić z napędem elektrycznym, gdy ograniczeniem nie jest cena energii ani powszechna dostępność, lecz granica samej techniki.
Z mojego punktu widzenia najbardziej wartościowe są tu trzy rzeczy. Po pierwsze, elektromobilność przestaje być utożsamiana wyłącznie z oszczędnością i zasięgiem. Po drugie, software, chłodzenie i aerodynamika stają się równie ważne jak sam akumulator. Po trzecie, małe serie takie jak ta działają jak laboratoria technologiczne, z których później korzysta szerszy rynek. To nie jest bezpośrednia odpowiedź na problem klimatyczny, ale jest to wyraźny sygnał, jak dojrzała stała się technologia EV.
Jeżeli ktoś szuka w tym aucie „zielonego” wzorca dla codziennego transportu, to będzie rozczarowany. Jeżeli jednak patrzy na rozwój napędów elektrycznych szerzej, zobaczy bardzo ważny etap: elektryk nie musi już udowadniać, że jest szybki. Teraz musi pokazać, jak szybko i jak długo może utrzymać poziom bez utraty kontroli. To już inna liga rozmowy.
Czy taki samochód ma sens w praktyce
Na początku 2026 roku odpowiedź brzmi: tak, ale tylko dla bardzo wąskiej grupy odbiorców. Cena startowa na poziomie 2,3 mln euro i produkcja ograniczona do 40 egzemplarzy ustawiają ten model poza normalnym rynkiem. To zakup dla kolekcjonera, inwestora w markę, klienta torowego albo osoby, która chce mieć w garażu najbardziej ekstremalną interpretację elektrycznego hipersamochodu. Nie jest to auto, które kupuje się po to, żeby „po prostu jeździć na co dzień”.
W praktyce trzeba też myśleć inaczej niż przy zwykłym EV. Liczy się dostęp do serwisu, odpowiednia infrastruktura, umiejętność wykorzystania opon i hamulców oraz świadomość, że taka konstrukcja najlepiej czuje się na torze albo na bardzo dobrej nawierzchni. W Polsce byłoby to auto bardziej do oglądania na zamkniętych wydarzeniach i w prywatnych kolekcjach niż do codziennego użytku. I właśnie dlatego jego wartość nie polega na praktyczności, tylko na skali tego, co reprezentuje.
Jeśli ktoś porównuje ten model z innymi elektrycznymi supersamochodami, powinien patrzeć nie tylko na moc, ale też na to, jak auto zarządza temperaturą, dociskiem i powtarzalnością osiągów. W hipersamochodach tej klasy różnice robią detale, a nie sam nagłówek w postaci liczby koni.
Dlaczego ta wersja jest ważniejsza niż jedna spektakularna liczba
Najłatwiej zapamiętać 2107 KM albo 0-100 km/h w 1,72 s. Dla mnie ważniejsze jest jednak coś innego: ten samochód pokazuje, że elektryczne układy napędowe weszły w etap, w którym mogą służyć nie tylko do przyspieszania, ale też do bardzo precyzyjnego budowania charakteru auta. Właśnie tu leży prawdziwa zmiana w elektromobilności.
Jeśli mam zostawić jedną praktyczną myśl, to taką: najmocniejsze EV stają się dziś poligonem dla rozwiązań, które później trafiają niżej do branży. Nie chodzi więc wyłącznie o rekordy i o prestiż. Chodzi o to, że takie projekty przesuwają granice tego, jak projektuje się baterie, napędy, aerodynamikę i hamulce. A z perspektywy czytelnika zainteresowanego nową mobilnością to właśnie jest najciekawsza część całej historii.
Rimac Nevera R jest więc mniej opowieścią o samym samochodzie, a bardziej o kierunku, w którym idzie cała branża: ku większej kontroli energii, lepszej integracji elektroniki i odważniejszemu myśleniu o tym, co elektryk może zrobić na granicy możliwości. I to jest informacja, którą warto zapamiętać nawet wtedy, gdy sam model pozostanie poza zasięgiem większości kierowców.